Historia polskich konstytucji – między ideałem prawa a realiami władzy
Polska historia konstytucyjna jest pełna paradoksów. Jako naród potrafiliśmy stworzyć jedną z najnowocześniejszych ustaw zasadniczych w Europie, ale też z równą pasją ją łamać. Nasze konstytucje były nie tyle wynikiem naturalnej ewolucji państwa, co raczej desperackimi próbami ratowania go przed rozkładem – moralnym, ustrojowym i politycznym. W tym sensie każda konstytucja w Polsce była aktem kryzysu, a nie harmonii.
Konstytucja 3 maja 1791 roku powstała w państwie, które tonęło w anarchii udającej wolność. Liberum veto, magnackie prywatne armie i obce wpływy doprowadziły Rzeczpospolitą do stanu zapaści. Ustawa Rządowa próbowała to przeciąć – znosiła wolną elekcję, wprowadzała monarchię konstytucyjną, ograniczała władzę sejmików i arystokracji. Była to rewolucja w białych rękawiczkach: zamiast gilotyn – debata i podpis. Ale Polacy, przyzwyczajeni do „świętej wolności” rozumianej jako prawo do blokowania wszystkiego, nie dorośli do państwa prawa. Konstytucja upadła po zaledwie roku – zniszczona przez własnych obywateli wspieranych przez rosyjskie bagnety. W tym symbolicznym momencie Polska sama podpisała na siebie wyrok.
Po rozbiorach idea konstytucji przetrwała w świadomości elit, choć praktycznie państwa nie było. W czasach Księstwa Warszawskiego Napoleon narzucił Polakom nowoczesny kodeks, ale był to dokument okupanta, nie narodu. W Królestwie Polskim (1815) konstytucja była tylko pozorem – car Aleksander I obiecywał wolność, ale w praktyce panowała cenzura i brutalny aparat władzy. Każde powstanie kończyło się nie tylko krwią, ale i utratą resztek samorządności.
Po 1918 roku, po ponad wieku niewoli, odrodzona Rzeczpospolita dostała szansę budowy ustroju od zera. Konstytucja marcowa z 1921 roku była wzorowana na zachodnich demokracjach. Brzmiała pięknie, lecz w praktyce stworzyła państwo niesterowalne – sejmowładztwo, zmieniające się rządy, chaos legislacyjny i brak odpowiedzialności. Wolność bez odpowiedzialności i dyscypliny zawsze kończy się destrukcją. Po krwawym, przeprowadzonym przez Piłsudskiego i jego ludzi, zamachu majowym i przejęciu władzy przez socjalistyczą sanację, w 1935 roku z naruszeniem prawa została uchwalona nowa konstytucja zwana kwietniową. Państwo miało mieć odtąd kierunek i odpowiedzialność, choć kosztem demokracji. Dla wielu była to cena warta zapłacenia – kraj miał przestać się chwiać i zacząć funkcjonować jak organizm, a nie jak klub dyskutantów. Niestety, przy władzy była właśnie socjalistyczna "junta" dla niepoznaki zwana sanacją, krórej to rządy i decyzje doprawadziły Polskę do totalnej klęski i zniszczenia w wyniku wybuchu II wojny światowej.
Po wojnie Polska została skolonizowana przez Sowietów, a konstytucja z 1952 roku była atrapą. Deklarowała wolność i równość, ale w rzeczywistości sankcjonowała władzę jednej partii, kontrolę nad obywatelami i zbrodnie w majestacie prawa. Dla uczciwego człowieka to nie była konstytucja, tylko instrument zniewolenia. Każdy paragraf służył partii, nie narodowi. Dopiero upadek komunizmu w 1989 roku otworzył drogę do odbudowy realnego prawa państwowego.
Konstytucja z 1997 roku, obowiązująca do dziś, miała być kompromisem narodowym. W praktyce stała się jednak dokumentem rozwodnionym, nieprecyzyjnym i wewnętrznie sprzecznym. Zapisano w niej zbyt wiele pięknych haseł, a zbyt mało twardych mechanizmów odpowiedzialności. Efekt? Każdy obóz polityczny interpretuje ją po swojemu. Jedni widzą w niej gwarancję wolności, drudzy – przeszkodę w „reformach”. Jedni mówią o niezależności sądów, drudzy o sędziokracji. Tymczasem istota problemu jest prosta: dobra konstytucja nie wymaga interpretacji, tylko przestrzegania. Obecna jest tak napisana, że można z niej wyczytać niemal wszystko. To już nie fundament, lecz gra słów.
Wbrew modnym frazesom demokracja nie jest celem samym w sobie. Dobrze zorganizowane państwo może być mniej demokratyczne, ale bardziej uczciwe, przewidywalne i sprawiedliwe niż chaos większościowych nastrojów. Polska znała w historii okresy, gdy silna, niedemokratyczna władza była jedyną ochroną przed anarchią. Państwo nie jest wspólnotą emocji, tylko strukturą, która ma działać. Władza może być wybierana, ale jeśli nie ponosi realnej odpowiedzialności – staje się farsą. I właśnie to, paradoksalnie, zapewniało stabilność Konstytucji kwietniowej – jej hierarchiczny porządek i jasne kompetencje.
Dzisiejsza konstytucja to dokument bardziej filozoficzny niż prawny. Nie zabezpiecza państwa przed chaosem politycznym, bo nie określa jasno, kto ostatecznie za co odpowiada. Mamy w niej prezydenta o ograniczonej władzy, rząd zależny od parlamentu, parlament zdominowany przez partie, a sądy – przez własne środowisko. Nikt nie rządzi naprawdę, ale każdy może wszystko zablokować. Efekt to nie równowaga, lecz paraliż.
Historia polskich konstytucji pokazuje, że prawo nie zastąpi charakteru. Nawet najlepsza ustawa zasadnicza nie zadziała, jeśli ludzie, którzy mają jej strzec są sterowani z zewnątrz i traktują ją jak narzędzie do walki. Konstytucja ma sens tylko wtedy, gdy stoi ponad władzą, ideologią i interesem partyjnym, a strzeże interesu narodu. A tego w Polsce wciąż nie ma. Od 1791 roku próbujemy zbudować uczciwe i przyjazne państwo prawa, ale wciąż wracamy do punktu wyjścia – do konfliktu między "elitami" służącymi obcym i nieprzyjaznym polskiemu narodowi siłom. Zawsze, gdy wybieramy wolność bez odpowiedzialności, fałszywe elity oraz "egzotyczne" sojusze, kończy się to utratą wolności.